A A A

Koty syjamskie

Syjamowatość to istny przekładaniec: zgodnie z rzutem samego Lema można zapytać "Czy pan istnieje, panie Johns?"

 

Status ontologiczny syjamów (nie będziemy tu rozgraniczać na orienty, bo charakterologicznie nie ma różnicy) jest chwiejny; i może nie kradną osobowości przy zderzeniu "bęckami" jak bohater Lemowego "Przekładańca", to chyba najłatwiej opisać je poprzez skradzioną z psychiatrii "dwubiegunowość". A więc maniakalność w jednej godzinie versus najcudowniejsze istoty pod słońcem żebraczo wyczekujące najmniejszego twojego gestu akceptacji - w drugiej.

 

 

To prawda, że głośne i rozgadane, że nadpobudliwość psychoruchowa w stopniu zaawansowanym, nieuleczalna. To prawda, że biegają po ścianach i sufitach, że potrafią spierniczyć u wetki ze stołu pięć razy pomiędzy termometrem w dupci a szczepieniem i zrobić kilka okrążeń po lecznicy: bynajmniej nie ze strachu, ale z najzwyklejszej nudy... I bączki kręcić wokół mnie jak opętane podczas karmienia. Biegając po trawce nie potrafią "jakoś tak normalnie" dreptać - muszą nóżki ze szczęścia zarzucać ponad uszy, muszą się wić tak, że masz wrażenie, że każda część ciała ledwo trzyma się na jakichś niewidzialnych niteczkach.

 

No i to bieganie po drzewach! Jakby się na drzewach rodziły, budowały gniazda i tylko patrzeć, by na tych wielgachnych uszach wzbiły się na chmury. Czasami mam wrażenie, że to wszystko pokonało już opór materii...

 

Ale gdy zbiegną już z tych chmurzysk, to tak się wkręcą w ciało, jakbyś się z siostrą - nomen omen - syjamską urodziła: już nie puszczą! Zrobią ci masaż, pogruchają, i nie puszczą. I ugotowana już jesteś: bo oto nagle leży na tobie najdelikatniejsza, najcudowniejsza, najspokojniejsza i najbardziej cię kochająca istota we wszechświecie.

Syjam to zmultiplikowana osobowość - może należałoby kiedyś policzyć, kto w nim mieszka: szybkobieżnik, podlizus, operownik (w niektórych wypadkach zwykły wydarciuch sobotnio-poimprezowy), ekstrawertyk z tendencjami silnie intrawertycznymi, bęckowy-sierpowy a'la Jake LaMotta, latawice na wietrze i wkrętki pod pachę do przytulenia... I żarłacz.

 

Czyli trzeba sobie wyobrazić kota dość... złożonego. Osobiście lubię widzieć syjama jako intensyfikację wszystkich kocich cech - wówczas nie ma konfliktu na linii: silna osobowość - pro ludzki kot.

 

Aczkolwiek nie do końca jestem przekonana, że syjam to kot. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam Baby (to był mój pierwszy syjam, jakiego widziałam) to bełkotałam coś niezrozumiale w jakimś stuporze bezbrzeżnym z niedowiary: ten kot patrzy na mnie! To był dla mnie szok, i ciary po plecach zapierniczały przy pierwszym spotkaniu: Koty patrzą przeze mnie, a Baby patrzyła na mnie!

 

Tak, jakbyś została nagle przyłapana za parawanem z gatkami u kostek, bo nie spodziewałaś się prześwietlenia z tej strony - przez kocie oczy, czyli najcudowniejszą rzecz, jaka udała się Tym Tam-w-górze.

 

O POCHODZENIU SYJAMÓW


Historia syjamów od zawsze była zmyślona. Pomalowany zaledwie na koniuszkach kot i oczy barwy kobaltu szturchały wyobraźnię budząc ją do snucia niewiarygodnych opowieści. (Czyż nie tak właśnie zaczyna tworzyć się każda historia? Od pobudki wyobraźni?)

 

Dziś wiemy, że te oczy wymyślili kotom bogowie. Tak niewiarygodnie piękne oczy musiały powstać tylko jako dar od wysokopiennych bóstw. W kronikach wyszperać można historię o obronie świątynnych ołtarzy przed rabunkiem barbarzyńców. W dawnym Syjamie. Oczywiście to koty obroniły świątynię i odstraszyły najeźdźców. Z wdzięczności mnisi rozpoczęli modlitwy, w rezultacie których oczy świątynnych kotów zmieniły barwę na chabrową. Tak, bogowie, urojeni czy nie, też miewają czasami wyczucie estetyki.

 

Załomek na ogonku również posiada swą własną historię. Umiłowane przez kochające piękno księżniczki, koty syjamskie stały się depozytariuszami pierścieni, bransolet i naszyjników, z którymi rozstawała się księżna na czas kąpieli i wieszała na kocim ogonku. I choć dziś załomek jest cechą, która została wyeliminowana w trakcie świadomej hodowli i obecnie uważana jest za wadę, to funkcja kota jako powiernika klejnotów powraca od czasu do czasu w naszej kulturze. Na przykład w przebraniu kangurka, który strzeże cennego zegarka przodków (niepozostającego już dłużej w ukryciu w miejscach niesfornych) u Quentina Tarantino.

 

 

Powiązane ze światem chtonicznym, magii, zaświatów i światłem lunarnym koty odpowiedzialne były za przeprawę dusz zmarłych Bardzo Ważnych Osób do Królestwa Cieni. Jedynie koty syjamskie zdołały sprostać tym zadaniom, choć ich koniuszki nierzadko przeciągane były na tę drugą stronę, do świata podziemnego. Umorusane piekielną smołą koniuszki łapek, uszu, ogona i pyszczek stały się wkrótce znakiem charakterystycznym syjama przypominającym o determinacji i oddaniu tych zwierząt, i wygranej walce z siłami Ciemności.

I podróżując z duszami koty syjamskie z wolna same zaczęły przemieniać się w dusze... Bo czyż syjam waży więcej niż 21 gram?... Widzieliście, jak syjam sunie przez świat? On nie waży więcej.

I czasem wystarczy umorusać jeszcze sadzą pyszczek, aby świat wił się wraz z prawdziwym pięknem.

 

 

HISTORIA SYJAMÓW ZAPISANA JEST W GWIAZDACH



Koty syjamskie przywiązały się do gwiazd i artystów. A ci pisali nam swoiste instrukcje obsługi:
Wariant pierwszy: na Dylana.

You used to ride on the chrome horse with your diplomat
Who carried on his shoulder a Siamese cat.

I czy ktokolwiek przejmowałby się, że dyplomata okazał się złodziejem, który skradł wszystko, co tylko był w stanie skraść, a dziewczyna toczyła się "like a rolling stone"? Zobaczcie, jak pięknie syjam snuje się po ramieniu:

 

 

 

Wariant drugi: na Ginsberga.

Trochę mniej elegancki, ale za to z towarzyszącym mu skowytem (śmiem wątpić, czy Ginsberg głośniej wrzeszczy niż syjam), wspinaczkowo-fruwający:

 

 

 

Wariant trzeci: przeminęło z wiatrem.

Pomyślę nad nim jutro, jest to bowiem wariant bezrefleksyjny, będący czystym zauroczeniem.

 

Jeśli myślimy o związku gwiazdy i syjama, natychmiast przylatują Vivien Leigh i jej Poo Jones, kot o prawdziwie wdzięcznym imieniu, który czuwał przy niej, gdy od nas odchodziła. Czekał, by przenieść duszę, a jakże!

 

 

Vivien bardzo lubiła fotografować się ze swoimi kotami. Z mężem chyba też...

 

 

 

Jeśli Scarlett kochała syjamy, to Melanie Hamilton (Olivia De Havilland), też je kochała, wszak kobiety te jednakowo lokowały swe uczucia.

 

 

Dwie wije na jednego Rhetta Butlera? To musiało doprowadzić tylko do jednego:

 

 

 

I jeszcze kilka przykładów współistnienia syjamów z Najjaśniejszymi: Porównywanie długości nóżek i wielkości oczu:

 

 

I wersja męska: Humbert Humbert, pan od Lolity i Marcus, kot od Jamesa Deana:

 

 

 

A jeśli wymarzyliście sobie współistnienie z syjamem, to należy Wam się małe ostrzeżenie: te koty to Arcyzbrodniarze (od czasu do czasu furkające jako Koty Arcyzbrodniarzy, według typologii Pratchetta, co jednak wolałabym przemilczeć...), prowadzące swoiste gry na wytrzymałość.


I gdy w ramach poskromienia podsuniesz takiemu Geniuszowi Zła mafijną ostrzegającą rybkę, pobudka pewnego ranka w towarzystwie głowy ex-konika jest tylko kwestią czasu.